Białowłosy
chłopak wpatrywał się w ziemię u swych stóp. Siedział na
szczycie wieży zegarowej. Pod nim dwójka pijaków zaczepiła
kobietę lekkich obyczajów. Po chwili zniknęli w jednym z budynków.
Chłopak prychnął cicho słysząc ich krzyki. Po paru minutach
wyszli sami mężczyźni i zakrwawionym nożem. Skrzywił się,
czując nieprzyjemny odór krwi. Przypomniał sobie swojego brata
skąpanego w czerwonej posoce. Trzeba było im zostać na swoim
miejscu, a nie walczyć w czyjejś wojnie. Na raz poczuł przypływ
nienawiści do tego pasożyta. Tylko tamta dziewczyna. Tak delikatna,
a jednocześnie silna. Jej osoba fascynowała go, chciał ją
posiąść. By była tylko jego. Wyciągnął miecz z pochwy i
przyjrzał się srebrzystej klindze. Widział w niej swoją twarz.
Piękną, bladą twarz o błękitnych, okoloną białymi lokami.
Przeniósł swój wzrok na Księżyc i wyobraził sobie swój miecz
skąpany w krwi tego śmiecia. Zeskoczył pewnie na ziemię i poszedł
za pijakami.